O autorze
Mama Jagody i Klementyny, filozofka, autorka bloga planetafeli.com. Pasjonatka psychologii aspirująca do roli terapeuty. Podróżniczka niezmiennie zakochana w Italii. Na łamach Mamadu pisać będzie o mądrym życiu, którego jest entuzjastką; o podróżach- zwłaszcza o tej najciekawszej z podróży, jaką jest według niej macierzyństwo.

perfekt!

Wiele mówi się w mediach o zgubnych skutkach perfekcjonizmu… Chwała mediom za to, jest z czym w naszej kulturze walczyć, jest nad czym pracować. Perfekcjonistów ci u nas pod dostatkiem, czasy sprzyjają im jak żadne inne. Pół biedy, jeśli perfekcjonistami jesteśmy tylko w pracy, choć to rzadkość nad rzadkościami ale chcę wierzyć, że jest to możliwe i że ci straszni perfekcjoniści po przekroczeniu progu swojego domu wyluzowują, perfekcjonizm zostawiwszy w korporacji czy innym "zakładzie" pracy. Wkładają ciepłe kapcie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stają się już zupełnie innymi ludźmi. Dającymi sobie prawo do popełniania błędów? Właśnie takimi. Niewszechwiedzącymi, nieidealnymi, ludzkimi.

Chcę wierzyć, choć tak naprawdę nie dowierzam. Zwłaszcza, gdy widzę i słyszę, z jak wielką precyzją (i na jak dużą skalę) perfekcjonizm rodziców przelewa się na dzieci, od najmłodszych lat tresowane do bycia idealnymi. Najlepszymi.

- "Mamo, co to jest pierwiastkowanie?" -koleżanka opowiada mi o tym, jakim pytaniem kilka dni temu zaskoczył ją niespełna ośmioletni syn. Odpowiedziała, z grubsza wytłumaczyła, w czym rzecz, uświadomiwszy sobie jednak, że druga klasa to chyba jeszcze nie czas na naukę potęg i pierwiastków, wróciła do rozmowy z synem… "A bo Sonię to już rodzice tego uczą". No tak. Posyłają też na angielski dla średniozaawansowanych, drugi język obcy i pięć innych zajęć pozalekcyjnych w tygodniu.

Odstajemy. Z naszymi popołudniami, niby w tym samym wielkim mieście, a jednak mniej śpiesznymi. Z wyboru. Z (trudno bo trudno, ale jednak) wygospodarowanym czasem na zabawę, na ulubioną bajkę (o zgrozo... Nie dość, że wbrew trendom mamy w domu telewizor, to jeszcze pozwalam go moim dzieciom włączyć!), na rozmowy o wszystkim i o niczym, wygłupy. Do głowy by mi nie przyszło, by po powrocie ze szkoły oprócz odrabiania obowiązkowych lekcji (których i tak jest przecież od groma i tyle, że o wybraniu się na spacer w tygodniu mogę tylko pomarzyć), czytania lektury i nauki słówek na zapowiedziany z angielskiego sprawdzian, sadzać dziecię do stołu i wałkować materiał z dwóch klas wyżej...


Są wokół nas dzieci wybitne. Owszem. Ciekawość pcha je do coraz trudniejszych zadań. Chcą je rozwiązywać, uczyć się więcej i więcej. Znamy i takie. Wierzcie mi, lub nie, ale to naprawdę nie jest ten przypadek. W dość prosty sposób można odróżnić dziecko wybitne od wybitnie tresowanego przez perfekcyjnych rodziców. Wystarczy z nim porozmawiać. Na pytanie, czy lubi się uczyć tego pierwiastkowania, odpowie ze szczerością i nadzwyczaj wiele można z tej odpowiedzi odczytać… Z reakcji na najmniejsze niepowodzenie- niewiele mniej.

A ja, widząc to wszystko, nie mały mam dylemat… Świat gna naprzód w tempie zawrotnym, od wymagań i stawianych coraz to wyżej poprzeczek niejeden dozna zawrotu głowy. Liczą się umiejętności, wiedza- im większa, tym lepszy start. Do życia w tym świecie mam przygotować moje dzieci. Ostatnią rzeczą, której dla nich chcę, jest wpychanie ich w kołowrotek wyścigu. Chcę, by były dobrymi, mądrymi ludźmi, nie wytresowanymi szczurami. Chcę, by miały dobry zawód i satysfakcjonującą pracę, nie jestem jednak zainteresowana odbieraniem im beztroskiego dzieciństwa w imię tej pracy i tego zawodu. Tymczasem w rozmowie z perfekcyjną znajomą słyszę, że niewypełnienie dziecku całego tygodnia (!) zajęciami dodatkowymi to w dzisiejszych czasach skrajna głupota, wyrządzanie dziecku krzywdy i skazywanie go na marną przyszłość…

I bądź tu rodzicu mądry!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...