O autorze
Mama Jagody i Klementyny, filozofka, autorka bloga planetafeli.com. Pasjonatka psychologii aspirująca do roli terapeuty. Podróżniczka niezmiennie zakochana w Italii. Na łamach Mamadu pisać będzie o mądrym życiu, którego jest entuzjastką; o podróżach- zwłaszcza o tej najciekawszej z podróży, jaką jest według niej macierzyństwo.

Szkoła życia

Życie kobiety dzieli się na dwa etapy- do momentu wydania na świat potomka trwa etap pierwszy. Kojarzony przeze mnie głównie z błogostanem wynikającym z możliwości wysypiania się (choćby w weekendy, ale jednak do woli!), z odpowiedzialnością wyłącznie za siebie i związaną z tym beztroską. Etap drugi, który zaczyna się w dniu narodzin pierworodnego (tudzież pierworodnej), nie ma wiele wspólnego z tym pierwszym i każda matka wie, co mam na myśli:)

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu czułam, że w ogarnięciu drugiego etapu jestem bliska perfekcji. Śmieję się na myśl o tym, ale to prawda:) Tak było. Wydawało mi się, że w ciągu tych kilku lat macierzyństwa przeszłam taką szkołę życia, że mogę czuć się naprawdę pewnie. Wówczas, na przekór mojej pewności, rozpoczął się etap kolejny… Miały być tylko dwa, a okazało się, że ten drugi, zwany macierzyństwem, niepostrzeżenie dzieli się na tabuny mniejszych! I oto przed rokiem nastąpił ten najbardziej przełomowy- Starsza rozpoczęła naukę w szkole podstawowej.

Pierwsza klasa. Sześć lat na Jagodowym karku. Mądrzy rodzice nie posyłają dziecka do szkoły w tym wieku... Nie skazują sześcioletniej Istoty na długie godziny spędzone w szkolnej ławie. Jeśli mają wybór, dają mu jeszcze jeden rok dzieciństwa gratis. Mnie i mojego męża mądrość najwyraźniej opuściła, gdy po wielu namysłach podjęliśmy decyzję, że nasza córka pójdzie wcześniej. Szybko przekonaliśmy się, że łatwo nie jest i że wiele racji mieli ci, których słuchać nie chcieliśmy.


Rozmowy z rodzicami, którzy dokonali takiego samego wyboru, jak my, z reguły mają jeden wspólny mianownik- "gdyby można było cofnąć czas na pewno zostawilibyśmy ją/jego w przedszkolu rok dłużej". Czasu nie cofniemy, ubolewać nad tym nie mam zamiaru, swoje trzy grosze do dyskusji na temat sześciolatków w polskiej szkole mogę jednak dorzucić.. Wiem już, z czym to się je i jak niefajny bywa to smak.

Warszawska podstawówka. Do jednej klasy trafiają dzieci z dwóch roczników- 2006 i 2007. Proporcje mniej więcej pół na pół. Poza datą urodzenia dzieli je, rzecz jasna, przepaść w zakresie wiedzy i umiejętności. Te starsze są już po zerówce, młodsze właściwie jej nie miały więc w ciągu roku muszą "nieco" nadgonić. Już na jednym z pierwszych zebrań dowiadujemy się, że połączenie dwóch roczników nikomu nie wychodzi in plus. Jakby to do przewidzenia nie było... Dzieci starsze nudzą się, młodsze sobie nie radzą. Rodzice młodszych w większości również. Zwłaszcza, gdy po zebraniu zostają w klasie, by omówić mający w tej sytuacji pomóc program zajęć dodatkowych i z ust ciała pedagogicznego słyszą, że mają z dziećmi dużo pracować, bo (tu cytat) "później słabszymi uczniami nikt w tej szkole przejmował się nie będzie". Zrozumiałe, wszak liczą się wyniki, walka zaczyna się już dziś. Gotowi, do startu, start! Są rankingi, jest ciśnienie, w wyścig szczurów wrzućmy je zatem już teraz. A ty rodzicu przygotuj się na dodatkowy etat, na pracę w full timie, na twoich barkach spocznie bowiem odpowiedzialność nie tylko za losy twojego dziecka, ale i całej szkoły.

Emocje. Są chwile, gdy mi ciężko jest je w tym wszystkim okiełznać, co dopiero mojemu dziecku. Gdzieś w okolicach środy daje o sobie znać zmęczenie, potem jest już tylko dogorywanie do piątku. Nie, nie łudzę się już, że odpoczniemy w weekend. Zadań jest tyle, że lepiej odrabianie rozłożyć na dwa dni. I czytać, duuuużo czytać. To akurat lubię, szkoda tylko, że moje dziecko zdecydowanie mniej. Ale walczymy, próbujemy jakoś wpisać się w ten system, który, odnoszę wrażenie, coraz częściej każe wybierać- zdrowie czy edukacja? I nie mnie te bajki o nauce przez zabawę, o gotowości polskich szkół i indywidualnym podejściu do każdego ucznia. Jest program, jest wyścig, jest kierat. A ty rodzicu jesteś jego ważnym elementem.

Szkoła życia trwa w najlepsze. Powrót po wakacjach jest bolesny. Czwarty tydzień, a ty już zaczynasz mieć dość;) Być może najlepszym rozwiązaniem jest wybór szkoły, w której dzieci nie mają zadawanych zadań do domu, odrabiają je w szkolnych ławach. Coraz więcej takich szkół na polskim podwórku. Mam wrażenie, że czas spędzony z rodzicami nie generuje wtedy niepotrzebnych napięć, dziecko ma kiedy odpocząć i nabrać sił przed następnym dniem. Może za kilka lat rozważę wybór takiej dla Młodszej, mając na uwadze fakt, że moje marzenia o niepowtarzalnej okazji do budowania więzi podczas odrabiania prac domowych były tylko złudzeniem.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...