O autorze
Mama Jagody i Klementyny, filozofka, autorka bloga planetafeli.com. Pasjonatka psychologii aspirująca do roli terapeuty. Podróżniczka niezmiennie zakochana w Italii. Na łamach Mamadu pisać będzie o mądrym życiu, którego jest entuzjastką; o podróżach- zwłaszcza o tej najciekawszej z podróży, jaką jest według niej macierzyństwo.

o najlepszych nauczycielach

Gdzieś w okolicach trzeciego roku życia mojej starszej córki uświadomiłam sobie, że jest ona nie tylko moim dzieckiem, ale też genialnym nauczycielem. Zorientowałam się dość późno trzeba przyznać, w dodatku nie wpadłam na to sama i nie wydarzyło się to tak ad hock, miałam po prostu wielkie szczęście spotkać kogoś, kto pomógł mi to dostrzec. Niemniej jednak odkrycie to niewątpliwie w całym moim macierzyństwie było momentem przełomowym.



Dotarło do mnie, ile ta mała, słodka istota mnie nauczyła. Jak bardzo zdyscyplinowała, jak wiele uporządkowała i wniosła… Ile dzięki niej w swoim życiu zmieniłam, poprawiłam, jak mocno jego jakość poszybowała w górę! No, w przeważającej ilości aspektów, bo w takiej jakości snu na przykład to nie ma się co oszukiwać, że spadła na łeb na szyję i do dziś nie może się podnieść;) Obecnie uczę się pilnie już nie tylko od Starszej, Młodsza również daje mi ku temu wiele okazji. Każdego dnia dwie małe- wielkie Nauczycielki wnoszą do mojego życia nową jakość. Wielkie piękno, ogromny dar.

Patrzę na Klementynę, tak bardzo uważną, obecną, skupioną na tym, co teraz i tu. Układa klocki, jeden na drugim i cały świat wokół przestaje istnieć. Liczy się tylko to. Modne staje się wśród wielkomiejskich zestresowanych bieganie na treningi uważności i praktykowanie tego, co tak naprawdę w domach mamy na wyciągnięcie ręki;) Z trudem przychodzi mi wyobrażenie sobie, bym mogła spotkać większego mistrza w tej dziedzinie niż moja niespełna trzyletnia córka. Nie, nie jest ona jakimś wyjątkiem. Dzieci po prostu z reguły tak mają:) Zachwyciła mnie historia, którą przed kilkoma dniami opowiedział kolega, tata czteroletniej dziewczynki. Rzecz dzieje się na lotnisku. Tata z córką odwiózł kogoś bliskiego na Okęcie, pożegnali się w hali odlotów i z niej ruchomymi schodami zjeżdżali na niższe piętro, gdy Marcin zagaił do Małej tymi mniej więcej słowy: "To co, gdzie teraz jedziemy?" a Mała odpowiada "W dół. Teraz jedziemy w dół". Cały natłok myśli w jego dorosłej głowie, dziesiątki pomysłów na dalszą część dnia, gotowe scenariusze i plany skonfrontował z krótkim "W dół." i była to bardzo wiele do życia wnosząca konfrontacja.


Tu i teraz to jedno. Nieustannie podziwiam to, jak dzieci potrafią radować się małymi rzeczami. Cieszyć się deszczem, skakaniem po kałużach, tarzaniem w trawie i bieganiem po plaży czy łące. Ujmuje mnie dziecięca wolność, brak narzuconych schematów, ograniczeń, zupełna obojętność wobec tego, co pomyślą o mnie inni, jak mnie ocenią. Naturalność ale też dbałość o siebie, swoje potrzeby, strzeżenie swoich granic. Tu nie ma miejsca na przyjaźń na siłę, na tkwienie w jakiejś relacji wbrew sobie samej. Jest czysto, klarownie, jest tak, jak lubię najbardziej.

Na początku mojej przygody z macierzyństwem byłam święcie przekonana co do tego, że to ja będę dla mojego dziecka nauczycielem. Ja, mój mąż, dziadkowie, tudzież inni dorośli, którzy będą wszystkiego uczyć, modelować, pokazywać. Nie miałam pojęcia o tym, że właśnie na świecie pojawia się ktoś, od kogo to ja nauczę się najwięcej. Przewodnik, nauczyciel, mały mistrz. Też masz takiego w domu?
Trwa ładowanie komentarzy...