O autorze
Mama Jagody i Klementyny, filozofka, autorka bloga planetafeli.com. Pasjonatka psychologii aspirująca do roli terapeuty. Podróżniczka niezmiennie zakochana w Italii. Na łamach Mamadu pisać będzie o mądrym życiu, którego jest entuzjastką; o podróżach- zwłaszcza o tej najciekawszej z podróży, jaką jest według niej macierzyństwo.

Rodzic bez kompleksów

O tym, że podróże kształcą, wie każdy z nas. Sama zdawałam sobie z tego sprawę od zawsze, ale odkąd zostałam mamą czerpię z podróży jeszcze więcej. Gdziekolwiek wyjeżdżam z uwagą przyglądam się, jak rodzicielstwo wygląda w innych krajach, w innych kulturach. Podpatruję mamy- przedstawicielki różnych ras, najrozmaitszych narodowości. Przyglądam się temu, jak traktują swoje dzieci, czasem, zupełnie nie rozumiejąc języka, którym się posługują, czytam ich mowę ciała, obserwuję reakcje, relacje. Okazji do tego jest cała masa- od lotnisk, na których spędzamy długie godziny, przez liczne przejazdy metrem czy autobusem, po hotele, restauracje.



Spektrum zachowań jest bardzo szerokie. Spotykam rodziców ostrożnych, wyważonych w każdym calu, dystyngowanych można by rzec, pozwalających zarówno sobie, jak i swoim pociechom na dość niewiele. Spotykam też bardziej wyluzowanych, swobodnych, choć w swej swobodzie kulturalnych i do nich jest mi zwykle najbliżej;) Stąd zapewne powód, dla którego tak chętnie, często i ochoczo spędzam czas na południu Europy, ze szczególnym uwzględnieniem Włoch. Mało jest krajów na świecie, w których kult dzieci byłby tak wielki, jak tam… Niemal na każdym kroku jesteśmy zaczepiani, zagadywani przez Włochów, którzy dzieci uwielbiają. Kilka z takich scen „zaczepienia” zostanie w mojej pamięci na zawsze, a są wśród nich i takie, które wzruszają mnie, gdy tylko sobie o nich przypomnę. Jak ta, gdy przed dwoma laty w jednym z sycylijskich sklepów sprzedawca podszedł do rocznej wówczas Klementyny i uklęknowszy przed nią gładził ją po policzku, zagadywał, wpatrywał się głęboko w jej oczy nie widząc zupełnie świata poza nią, na koniec dając jej (o zgrozo!) buziaka w czółko, żegnając się i przeciągając to pożegnanie do jakichś pięciu minut. Jest rzeczą dość rzadką i ujmującą zarazem, żeby nie powiedzieć niespotykaną w ogóle nad Wisłą na przykład, by obcy człowiek tak się zachował w stosunku do drugiego, obcego, a jakże, człowieka. Dziecka? Nie przystoi już w ogóle, a z takiego USA to gromy mogłyby się największe posypać, z osądami o pedofilię włącznie.

Jak pięknie my, rodzice różnimy się między sobą obserwuję często i ochoczo także na miejscu, w Warszawie, wszak i tu dzieciatych przedstawicieli innych narodowości nie brakuje. Wczesną wiosną, gdy niemal każde polskie dziecko opatulone jest szczelnie od stóp do głów w szaliki, rajtuzy i kalesony, te angielskie potrafią ganiać po trawniku w pobliskim parku bez butów i oczywiście bez czapek i wyglądają przy tym na „ciut” szczęśliwsze od okutanych naszych;) Gdy przed kilkoma laty do mojej klatki wprowadziła się rodzina dyplomatów z Azji, już pierwszego dnia mogłam poznać ich córkę, w mało przyjemnych, nawiasem mówiąc, okolicznościach… Było nieco po 22, gdy usłyszałam alarmująco niepokojący płacz dziecka i rzuciwszy się na pomoc znalazłam kilkuletnią dziewczynkę siedzącą na schodach, trzęsącą się ze strachu, w pierwszej chwili nie mogącą wydusić z siebie nawet słowa. Nieco później tłumaczącą perfekcyjnym angielskim, że właśnie się przeprowadzają, rodzice zostawili ją samą w domu i pojechali do poprzedniego mieszkania po resztę rzeczy. Zajęło mi trochę czasu dojście do siebie i zaakceptowanie faktu, że emocje dziecka nie dla wszystkich rodziców na Ziemi są tak samo ważne, że są i tacy, którzy właściwie w ogóle nie biorą ich pod uwagę…

Przechodząc po tym przydługim być może, acz istotnym (jak mniemam) wstępie, do wyczekiwanego pewnie przez co poniektórych Czytelników meritum… Przyglądam się rodzicom z całego świata i robię to tak ochoczo, jak i bez kompleksów (podróże są na nie świetnym panaceum!). Pragnę chłonąć postawy, które w moim odczuciu dobrze byłoby naśladować, jestem świadkiem i takich, które napawają mnie obrzydzeniem, odrzucają i których oczy moje wolałyby nie ujrzeć nigdy. Niektóre jak najszybciej chciałabym wymazać z pamięci. Staram się nie przypisywać im jednak narodowości, nie klasyfikować do żadnej z kultur czy ras, choć niejednokrotnie pojawia się pokusa, by to robić. Nie generalizuję, że tam to tylko tak, a gdzieś indziej to już wyłącznie inaczej, przy czym najgorzej w Polsce. Tak skrajnie źle.

To smutne, ale odnoszę wrażenie, że często wzajemnie się w te kompleksy wpędzamy. My, polscy rodzice, sami nakręcamy sobie ten bacik. Nagminnie, nie tylko w rozmowach prywatnych, także w przestrzeni publicznej pojawiają się dyskusje i komentarze, z których zaskakująco wiele początek swój i koniec ma w kompleksach. Ostatnia burza wokół zmiany pieluchy w restauracji (znajomy trafnie, acz dość wulgarnie podsumował ją mianem „afery z d..y”), jest dobrym tego przykładem. Gdy rozgorzała, wraz z mężem i dziećmi przebywałam w Londynie. Z perspektywy miasta, w którym chyba każdy kraj świata ma swoich przedstawicieli i którzy to przedstawiciele prezentują szeroki wachlarz zachowań w stosunku do potomstwa, przepychanka na brudne polskie pieluchy i te niewidoczne dla oka amerykańskie, wyglądała dość komicznie… Wokół nas wielu rodziców, zachowania tak różne, jak różni jesteśmy my. Bilans pieluch zmienianych w najróżniejszych miejscach, restauracyjnych kanap nie wyłączając, zdecydowanie dodatni. Medialnych afer w temacie brak. Nie dajmy sobie wmówić, że Polska jest Ciemnogrodem pełnym zacofanych i niekulturalnych obywateli a w Ameryce coś równie gorszącego, jak zmiana pieluchy w restauracji, nie mogłoby się wydarzyć. Tam to tylko bezkresna rodzicielska mądrość, polot i najwyższa inteligencja? Pod żadną szerokością geograficzną tak nie jest. Jest tak i tak, jest to i jest owo.

Uczmy się, podpatrujmy, importujmy mądre zachowania i na litość! Nie miejmy kompleksów! To taki mój noworoczny apel do polskich rodziców;) Nie jesteśmy gorsi od innych, jesteśmy różni, czasem bardzo od siebie inni ale nie gorsi. I bardzo proszę o tym pamiętać. Przez cały rok:)
Trwa ładowanie komentarzy...